Co się dzieje po locie, kiedy piloci zdają raporty? Do czego wojsko się przyznaje, a do czego nie? Piloci z natury wykonywanego zawodu są ludźmi zdrowymi na ciele i umyśle. Nie może być inaczej. Ciężko zatem podejrzewać ich o to, że mieli zwidy wzrokowe.
Rozmaite linie lotnicze, Siły Powietrzne różnych państw, a najczęściej ich byli pracownicy zaczynają przytaczać i ujawniać fakty dotyczące spotkań samolotów z Niezidentyfikowanymi Obiektami Latającymi w skrócie zwanymi NOL, lub bardziej znana anglojęzyczna nazwa UFO (Unidentified Flying Object). Temat UFO jak bumerang, co jakiś czas powraca, a wraz z nim pytanie, na które do tej pory brak jednoznacznej odpowiedzi: Czy istnieje UFO? Czy to fikcja, czy obiektywna rzeczywistość?
Rozumiem ludzi, którzy zawsze zachowują się podobnie - odrzucają to, czego nie chcą przyjąć do wiadomości. Ja jednak jestem ostrożny w ocenie tych zjawisk i powtarzam, że jeżeli czegoś nie rozumiem, to wcale nie oznacza, że tego nie ma. W spekulacjach próbujących wyjaśnić fenomen UFO, jest wszystko, prawie wszystko - są zbiorowe psychozy, części spadających rakiet kosmicznych, jasne światło planet, samoloty i balony błyszczące w słońcu niewidocznym już dla oka obserwatora. Są też zwyczajne oszustwa ludzi nie zawsze zrównoważonych psychicznie.
Polscy piloci też przytaczają swoje relacje z takich „spotkań”, czy też obserwacji. Pewne zjawisko zaobserwował kiedyś gen. pil. Zenon Kułaga w rejonie Piły. Było to późnym latem, wybrał się z żoną na działkę. Był piękny słoneczny dzień bez żadnej chmurki na błękitnym niebie. Trochę zmęczeni słońcem i pracą fizyczną w końcu dnia wracali do domu. W pewnej chwili generał spojrzał w kierunku zachodzącego słońca i obok jego tarczy nad horyzontem zobaczył jakiś świecący obiekt - kulę, która stała w bezruchu. Odległość do obiektu ocenił na 4-5 km. Świecąca kula z tej odległości była wielkości jabłka lub małej dyni, koloru złocisto - czerwonego. Dziwne to mu się wydawało, bo nie było to samolotem ani balonem. W tym dniu żadnych lotów nie było i nie było to również złudzenie, bo to zjawisko obserwowała również jego żona. Zapytał się jej co o tym sądzi, ale ona również była zdziwiona obserwowanym obiektem i nie potrafiła określić co to jest. Po chwili od zauważenia, obiekt ruszył z miejsca w kierunku południowo - zachodnim. Zaskoczeniem kolejnym było to, że obiekt ruszył z miejsca z ogromną szybkością, większą niż możliwości znanych generałowi z obserwacji samolotów odrzutowych, na których latał. Obiekt szybko oddalił się i zniknął.
Relację z obserwacji przytacza także gen. Apoloniusz Czernow: "W 1958 roku będąc pomocnikiem dowódcy 3 plm we Wrocławiu, pełniłem dyżury bojowe jak każdy inny pilot pułku. W tym czasie często byliśmy podnoszeni w powietrze na przechwytywanie balonów wysyłanych spod Monachium. Któregoś dnia wystartowałem alarmowo i skierowano mnie w rejon Jeleniej Góry - Zgorzelca - Świdnicy na przechwycenie balonu. Balonu nie przechwyciłem, bo ten zdążył przemieścić się nad terytorium Czechosłowacji. Wracałem więc zawiedziony, bo zestrzelenie "obiektu" powietrznego, każdy pilot traktował jak przygodę lotniczą. Wracałem na wysokości 8000 m. Było południe. Zachmurzenie małe, trochę cumulusów. Gdy znalazłem się w rejonie Świdnicy, z lewej strony na godzinie 10-tej, dostrzegałem nad chmurami jakiś - "obiekt". Myślałem, że to nowy balon. Zameldowałem o tym na stanowisko dowodzenia, z którego otrzymałem zgodę na przechwycenie dostrzeżonego "obiektu", pod warunkiem, że wystarczy mi paliwa. Skierowałem mojego Lim-5 w stronę tego "balonu". Określiłem, że jest w odległości około 15 km i z przewyższeniem do 1000 m. Gdy podleciałem bliżej, zaskoczył mnie kształt domniemanego "balonu" i jego barwa. "Obiekt" przypominał kształtem cygaro ustawione pod kątem 45° do poziomu, o barwie srebrzysto-pomarańczowej pulsującej dziwnym światłem. Byłem zdumiony tym widokiem i początkowo pomyślałem, że to może jakiś nowy typ balonu. Nawiązałem łączność ze stanowiskiem dowodzenia, opisałem cel, prosząc o pozwolenie otwarcia ognia. Przeładowałem działka i górką podszedłem do "obiektu"-celu. Stała się rzecz dziwna. Cel, zamiast się przybliżać, zaczął uciekać do góry i to z prędkością wznoszenia kilkakrotnie większą, niż możliwości mojego samolotu. "Obiekt" oddalał się w stronę północną. W tym czasie osiągnąłem wysokość 14.500 m. Obiekt zmienił barwę na bardziej pomarańczowo-czerwoną i po kilkunastu sekundach zgasł i zniknął. Musiałem wracać. Po wylądowaniu na lotnisku, dowiedziałem się, że radiolokatory wojskowe "obiektu" nie widziały. Podobnież, któryś z pilotów z Krzesin w tym czasie przechwytywał podobny "obiekt" bez rezultatu w rejonie Wolsztyna.” „15 października 1958 r. wykonywałem lot ćwiczebny na przechwycenie nad chmurami w parze z por. Stanisławem Koziołem. W rejonie Leszna - Gostynia - Rawicza na wysokości 8500 m zobaczyliśmy na godzinie 2 - giej jakiś "obiekt" kulisty, świecącym kolorem pomarańczowo-srebrnym, wyżej od nas o 2-3 tyś. metrów. Pozwolono nam dojść do niego i rozpoznać. Nic z tego. NOL, pobawił się z nami i po paru minutach znikł w górze na około 16.000 m. Wcześniej, gdy byliśmy blisko "obiektu" zrobiłem zdjęcie z fotokarabinu, Nic z tego nie wyszło, bo zdjęcia były prześwietlone.” "Widziałem ja i inni piloci podobne zjawiska później, ale milczeliśmy, by nas nie posądzono o mistyfikacje. Przynajmniej ja oficjalnie nic nie mówiłem, by nie stracić autorytetu, a o to w gronie lotniczym nie trudno."
Na poczytnym polskim portalu dziennik.pl w dniu 9 marca 2007 ukazał się artykuł z wypowiedziami 3 polskich pilotów:
Relacja płk. Tadeusza Lechowicza: 10 września 1974 r. miałem nocne ćwiczenia na przechwycenie. Leciałem MiG-iem 21, miał mnie "zestrzelić" inny pilot. Dopadł mnie koło Włocławka. Zrobił mi zdjęcia - dowód wykonania zadania i odleciał. Nad Grudziądzem kątem oka zobaczyłem z tyłu światło. To była ciemna noc, księżyc niewidoczny. To nagle znalazło się przede mną! Musiało lecieć 4 tys. km/godz., trzy razy szybciej niż ja. Wtedy nic tak szybko nie latało! Długo jeszcze leciał przede mną, a w końcu przyspieszył jeszcze bardziej i zniknął. Nikomu o tym nie powiedziałem, bo to by skończyło moją karierę.
Relacja płk. Marka Jucewicza: Służyłem w Zegrzu Pomorskim. 7 lipca 1983 r. ogłoszono alarm. Dostaliśmy rozkaz startu na obiekt widoczny na radarze. Byliśmy uzbrojeni, bo to był stan wojenny. Wylecieliśmy nad morze i wracaliśmy nad Darłowo. Już nad lądem zobaczyłem ciemnobrązowy metaliczny walec. Na wysokości 3,5 tys. m. Podeszliśmy na 200 metrów, widziałem to dokładnie: żadnych okien, drzwi, klap ani widocznych silników. Jednolita powłoka długa na 15 m, o średnicy 2 m. To kręciło się wokół własnej osi. Przekazywaliśmy wieży szczegóły. Dostaliśmy rozkaz: strzelać! Ale gdy kolega przeładował działko, cel gwałtownie uciekł do góry. Wskoczył za wysoko - na 9 tys. metrów! Wróciliśmy. Potem było żmudne śledztwo, przesłuchania, psychiatra. Powiedziano nam, żebyśmy milczeli...
Relacja ppłk. Grzegorza Kłaka: 17 września 1992 r. miałem dyżur w Zegrzu Pomorskim. W południe wieża dostrzegła wroga. Padł rozkaz startu z rakietami. Dowodziłem kluczem MiG-ów 21 bis. Leciałem pierwszy. Nad morzem zobaczyłem cel - dysk bez skrzydeł, ogona i okien. Poruszał się tak, jak żaden samolot na świecie. Odskakiwał nagle na kilkaset metrów i błyskawicznie wracał. Zwykły samolot tak nie potrafi. Przeciążenie zabiłoby pilota. Nie było rozkazu strzelania, wylatałem paliwo i wróciłem do bazy. Dochodzenia nie było, ale każdy mnie o to pytał. Milczałem, bo obowiązywała mnie tajemnica wojskowa.
W latach 80-tych funkcjonowała nawet w naszym wojsku specjalna tajna instrukcja na wypadek spotkania UFO. Jej oficjalna nazwa brzmiała: „Zasady działania organów kierowania lotami, stanowiskami dowodzenia i ruchu lotniczego oraz postępowania personelu latającego w przypadku wykrycia nietypowych obiektówlatających”. Oto jej fragmenty: „Ustala się niniejsze zasady postępowania organów dowodzenia i kierowania lotami oraz załóg statków powietrznych, które podczas wykonywania zadań w powietrzu wykryły NOL. (...) Udział w akcji obserwowania i śledzenia NOL jest wykonywaniem zadania bojowego. (...) Podczas realizacji zadań związanych ze śledzeniem NOL należy zachować szczególne środki bezpieczeństwa.(...). Złożyć meldunek dowódcy pułku, który melduje o wystąpieniu zjawiska swoim przełożonym.(...) Zabronić prowadzenia zbędnych rozmów radiowych i telefonicznych.”
Nic dodać, nic ująć. Już sama nazwa tego dokumentu ewidentnie wykazuje istnienie procedur zachowania wobec UFO. Sytuacja jest dość paradoksalna. Weźmy bowiem za dobrą monetę oficjalną wykładnię, że są czasami przypadki, gdy piloci nie mogli czegoś na początku zidentyfikować, ale potem znajdowano na to jakieś racjonalne wytłumaczenie. OK. Po co więc u licha, po prawie czterdziestu latach doświadczeń ówczesnego LWP, wydawać tak poważną instrukcję, gdy z wcześniejsze tego typu przypadki powinny uspokoić wojskowych. co do charakteru tego typu zdarzeń. Proszę sobie wyobrazić: pilota wykonującego zadanie bojowe w postaci ścigania świateł dyskotekowych, czy oglądania planety Wenus, gdyż nie potrafił zidentyfikować zjawiska. Doskonałą ilustracją schizofrenii w jaką popadają wojskowi oficjele pytani o NOL-e jest sprawa lądowania UFO na lotnisku wojskowym w Nadarzycach (b. woj. pilskie). Podane informacje pochodzą z prasy wojskowej. Konkretnie chodzi o incydent w Nadarzycach opisany przez red. Stanisława Łukaszewskiego w „Polsce Zbrojnej” nr 200 z 13.10.1994 roku. Wynika z niej, że 7 października 1994 roku nad Nadarzycami pojawił się duży obiekt emanujący punktowo światła. Niebo było bezchmurne. Wykluczono, więc światła dyskotekowe. Z lotniska w Krzesinach pod Poznaniem przysłano dwa MIG-i celem przechwycenia. Obiekt, który prawie osiadł na moment na ziemi, gdy tylko pojawiły się samoloty, błyskawicznie wystrzelił w niebo i znikł. Zjawisko sfilmowano, ale zapis ten i zeznania pilotów utajniono. Przysłany zaś z Warszawy z Dowództwa Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej Kraju mjr Eugeniusz Mleczak powiedział: „…Ta ognista kula, to bliżej nie wyjaśnione zjawisko fizyczne, które pojawia się zazwyczaj jesienią. Lotnicy zawsze są o tym poinformowani.”
Po co więc wysyłać myśliwce do zjawiska co do którego z góry wiadomo jaki ma charakter? Dlaczego nie udostępniono badaczom z poza wojska a także dziennikarzom, taśmy wideo na której widać świetlisty obiekt, skoro to jakieś zjawisko fizyczne? Dlaczego naukowcy z cywilnych uczelni nie są zainteresowani badaniem takich właśnie fizycznych fenomenów?. Pytania można mnożyć. Czy tajemnicze obiekty na niebie to tylko ludzka fantazja? Jako puentę tego tekstu warto przytoczyć słowa płk. Ryszarda Grundmana, było nie było, człowieka odpowiedzialnego swego czasu za obronę powietrzna Polski: „Jeżeli czegoś nie rozumiemy, to nie można powiedzieć, że tego nie ma.”